m o j e
mail księga gości krótka forma
2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
c u d z e
2009-11-12 00:50:10
Gęś na pustyni.Gęś wysiada z samolotu i zachłystuje się palącym, suchym powietrzem. Och, mamo, w takich warunkach nie hoduje się ani gęsi, ani motylków, słaniam się i jęczę, moje pierwsze słowa w Las Vegas, Mieście Szatana: zabierz mnie stąd.![]() Jęcze w taksówce, gnającej po śmierć przez miasto, jak wymarłe. Mylą mi się godziny i strefy, nic już nie wiem, jestem chora od pędu i jet laga, po eleganckim chłodzie Bostonu - wulgarnie kolorowe reklamy atakują mnie od razu przy taśmie, gdzie usiłuję zidentyfikować swój bagaż, walą prosto w przeładowany wrażeniami mózg, cały mój pobyt tu będzie aktywnym stuporem, przyjedź, a zobaczysz, że można i tak. ![]() Jest środek nocy, przynajmniej tutaj, między taksówką, a drzwiami do hotelu rejestruję feerię kolorów, mrużę oczy, w głowie mam ognistą czcionką wypisane WYPIERDALAĆ, ![]() z ulgą daję się ułożyć między oszukańczo chłodnymi prześcieradłami, jestem taka zmęczona, że odpuszczam nawet strasznej klimie, pozwól mi spać, bo od ślubu nie wylaczylam myslenia ani na chwile, zanim skoncze mowic i mamrotać - juz mnie nie ma. Jedenaście godzin później. Słaba ta figura retoryczna, bo nie jedenaście, tylko dwie godziny pozniej budze sie otępiała i przerażona, w gardle Nevada, gdzie moja mineralka, ratunku. Wychodzę na hotelowy korytarz, dobrze, że nie widze, jak wyglądam w świetle jarzeniówek, obijając się o ściany docieram do automatu z napojami, jarzeniówka mruga i smuży światłem i oto - pieprzony automat jest prawie pusty, klimat jak z nieudanego Lyncha, a prawie - oznacza, ze nie ma mineralki, nic nie ma, taki Kononowicz, jest tylko Dr Pepper. Losuję puszeczkę, otwieram, próbuję i osuwam się po ścianie, Ameryko, niech Bóg Ci wybaczy. (no więc) Rano Rano trzeba mnie wywlekać za kark z łazienki, a potem za rękę z hallu, zwalaniam i jak królik na węża - zagapiam się na kolorowe automaty, te najtańsze, dolarowe. Niezdrowo zafascynowana rejestruję pusty wzrok i drżenie rąk graczy, w uszach mam kakofonię trzech równoczesnych wygranych w promieniu metra, nie jestem głodna i nie chce mi się pić. Chcę spróbować, chcę sobie zagrać, o co chodzi, przecież to jakieś groszowe kwoty i w ogóle tylko zabawa. Tak więc kiedy człowiek, za którego wyszłam zamawia zbilansowane śniadanie - ja przysiadam na zbyt wysokim stołku i z namaszczeniem karmię automat, na ślepo przyciskam guziki, losowo szarpię wajchę (ha, ha) och, wielkie mi rzeczy, ten cały hazard, nic takiego i w ogóle mnie nie rusza, pff. - Może już starczy? Śniadanie ci wystygło i w ogóle siedzisz tu już dwie godziny. Zjedz coś. Srsly? Całe miasto oglądam przez mgłę gorączki. Bardzo nieczystym chwytem jest ten wielki ekran, który przykrywa całą ulicę, na ekranie jakieś niewyobrażalne sumy przełożone na reklamowy show, patrzysz w górę i zamiast kojących chmurek masz 24 h na dobę widowisko "światło-dźwięk", fail polega na tym, że nie zapamiętałam ani jednej marki, tylko płynące nad głową kolory i obezwładniającą muzykę, zatrzymujemy się, gapimy w górę, a z nami cały tłum. Chamska magia rżnie nam mózgi jak trzeba, w końcu za to zapłaciliśmy. Zapłaciłeś - żryj. ![]() Nie powinnam mieć pretensji, spotworniały do rozmiarów niedużej dzielnicy telewizor nad głową ładnie i miłosiernie przygotowuje na wszystkie uroki Las Vegas Strip. Jest północ i wasz Kopciuszek w sukience w kwiatki i szczątkowych sandałkach wysiada z obłąkanego tramwaju w samym centrum samego Centrum,rozgląda się uważnie i solennie, a następnie mówi brzydkie slowo i chce uciekać. ![]() Seryjne i mnożące się w oczach panny młode, pijane i chyba szczęśliwe, ich druhny z płonącymi policzkami, wszystko to opakowane w kilometry tafty. ![]() Gipsowe stiuki i złoto, podrabiane kolumny i złoto, ![]() wszechobecny Elvis i złoto, ![]() pazłotko i czerwone dywany, złote frędzle i ozdobne ozdóbki, zamki Gargamela z pozłacanymi wieżyczkami. ![]() Nibytoantyczne rzeźby i złoto, ściema i złoto, złoto i złoto, jakie to brzydkie, mam ochotę wyć. Bary tlenowe, oblegane przez tłumy frajerów i tłuste amerykańskie zady, ![]() każdy ma swoje frajerstwo, jedni sączą tlen, inni drinki wprost ze skorupy kokosa. W kosztownych witrynach tanie ubrania dla udających nastolatki dziwek, może naprawdę trzeba tak wyglądać, tak się ubrać, tak się zgrać, może wtedy wiesz, że jesteś? ![]() Wszyscy udają wszystko, wieża udaje wieżę i w końcu gubisz się i myślisz że może to jednak jest naprawdę. ![]() Podejrzliwie obwąchuję korek mineralnej, bo może złote płatki osiądą mi na zębach, jak tym Rosjaneczkom w wieczorowych kieckach, starannie podrobionych na Dolce Versace. Rosjaneczki chwieja się na niebotycznych szpilkach i - całe w brokacie płyną, uczepione ramion kolesi w polo i szortach, wszyscy zwariowali, wiec i ja sobie nie odmówię. Jestem fanką teorii o karze za grzechy, a skoro jesteśmy w Mieście Szatana (widzę to i czuję, nawet mi nie mów, że może mi się wydaje) to miejsce i czas jak najbardziej odpowiednie. Kiedyś będę się z tego śmiać i słodko-gorzko sprowadzać do parteru, ale teraz jestem we własnej podróży poślubnej, sami rozumiecie - zakochana, ufna i durna, chociaż z lękiem wysokości wiec na propozycję skorzystania z TEGO tylko raz odpowiadam krótko i brzydko, ale potem jednak daję się namawiać, uwodzić i przekonywać, jak każda idiotka. Nie pomaga łza w podmalowanym oku, człowiek, za którego wyszłam patrzy na mnie z chłodnym zainteresowaniem, ciekaw, w jakim stylu pójdę umierać. Mam dreszcze i proszę, żeby mi darował, ale nie. ![]() Pół godziny później, trzysta metrów wyżej - krzyczę z głębi flaków i jestem przekonana, że to już koniec mnie. Kiedy tortura się kończy, kiedy naprawdę się kończy - strzelam o drewnianą podłogę świeżą obrączką i w dwóch językach jednocześnie wrzeszczę, że chcę rozwodu. Czekający na swoją kolej nagradzają mnie brawami, Miasto Szatana ceni sobie show. Godzinę później daję się, jak cielę na rzeź, zaprowadzić na TO i dopiero tam poznaję smak piekła, to musi być miłośc, teraz już wiem. Dla odreagowania żądam rozrywek w moim guście, w kapiącym od złota hotelu, który zagrał w iluśtam filmach puszczam na automatach tyle ile się należy zazdrosnym bóstwom, w pewnej chwili moja skrzynka zaczyna dzwonić wyć i błyskać, do rynienki sypie się jakaś nierealna suma, w sekundę otaczają mnie inni zombies, radośnie i bez skrępowania komentują, pytają i dopingują. Kiedy ktos podchodzi do zbiegowiska i pyta - co sie stalo - niezwlocznie udziela mu sie odpowiedzi ze oto mamy tu obiecujacy przypadek szczęścia początkujących, kiedy solennie przegrywam całą wygraną w innym automacie - nagle rozumiem, że - - że owszem, można pewnego dnia pójść do bankomatu, wypłacić do dna i jedną z tych pylistych autostrad pojechać w pizdu, wejść do hotelu, w którym wszystkich gówno obchodzi, jak się naprawdę nazywasz, usiąść wygodnie i grać, grać, grać. I nie ma w tym nic z urody pokera, elegancji brydża, które tak naprawdę są miłosną przepychanką, demonstracją siły, flirciarskim przedstawieniem, teatralnym flirtem. Jesteś ty i wajcha, ty i przycisk, budzisz się trzy dni później jako spłukany zombie i możesz strzelić sobie w łeb, iść na pustynię, albo zacząć od początku. Przecież zawsze chodzi o zaczynanie od początku. Jeszcze kilka razy przejdę wzdłuż tych ciekawszych punktów Las Vegas Strip, dam się uwieść fontannie i światłom pod głos umarłego tenora, ![]() jeszcze trochę ostentacyjnie powstrząsam się na zamki, stiuki, kolumny, taftę, Rosjaneczki i ciepłą mineralkę, pozrzędzę na brzydotę miasta, które przecież miało być magiczne i jedyne na świecie, kiedy WTEM! wybije północ i wreszcie zobaczę, że. Że? Że ta wszechogarniająca brzydota ![]() ma wszechogarniający czar, to miasto jest jak najwyższej klasy dziwka, taka z wybielonymi zębami, podciągniętymi pośladkami, silikonowym cycem i zręcznie wyrzeźbionymi kośćmi policzkowymi. Nabijasz się, wyśmiewasz, patrzysz z wyższością i robisz spektakularne PFFFF. Mamroczesz o stylu, dobrym guście i że na do pewnego poziomu nie należy się zniżać. Po czym wybija północ i nagle rozumiesz, że napompowane chemią usta są chętne i seksowne, co z tego, że pośladki podciągnięte, skoro jest to doskonała dupa i nic nie wygląda tak świetnie i kusząco, jak wybielone zęby i dobrze zrobione cycki widziane w świetle jarzeniówek i przez szklankę whiskey. Poddajesz się i idziesz na dno. Nie miej do siebie pretensji, to Miasto Szatana, a nie Dobra Nowogardzka. Następnego dnia mam spakowany plecak, upięte włosy, trzeźwe spojrzenie i trzy godziny czekam na dworcu Greyhounda (bo zalozenie jest takie, ze sprobujemy roznych srodkow lokomocji) Z Miasta Szatana prosto do dworcowego czyśćca, to ma sens. Nie martw się, nikomu nie powiem, jak zgrzeszyliśmy. Następny przystanek - Flaggstaff skomentuj (4) |
2009-10-22 23:32:33
Chwilo, trwaj.Trochę tak, jakby wreszcie opadła ze mnie skorupa - śmierdząca, szorstka, przesiąknięta na wylot swądem deprechy i toksycznym urokiem zakazanych smaków . Nie łudźmy się, każda górka sinusoidy ma swój wypełniony błotem dołek. Niemniej jednak. skomentuj (2) |
2009-10-12 22:01:45
- and I lift my glass to the awful truth, which you can't reveal to the ears of youth -Minęło równe siedemnaście lat, więc nikt nie uwierzy mi, że pamiętam, pamiętam nie tylko, że wtedy był również październik, ale też poharatane drewno tramwajowej półki pod spierzchniętą dłonią, gryzącą wełnę niby-to-luzackiego golfu na szyi i suchość gardła, kiedy mówiłam: "Ty coś obcięłaś z tymi włosami". Dzielił nas rok życia i lata świetlne całej reszty, fascynowało mnie to rodzeństwo z dwudziestu różnych powodów i jednego kluczowego, odebrałam prawie jak medal i niezasłużonego Nobla, kiedy przyjrzała mi się ciemnymi, nieruchomymi oczami,dla których mężczyźni, ku mojej zazdrości durnieli gremialnie przedtem, wtedy i później, a potem powiedziała sennie: "Tak, masz rację".Siedemnaście lat później patrzę, jak na czysto wymyte kafelki spadają długie, rude pasma i natychmiast zwijają się w modelowe loki, błyszczą na załamaniach resztką letniego światła i żyją własnym, zmarnowanym już i niepotrzebnym życiem, co za kicz, co za tandeta, mam tego świadomość, jak prawie zawsze. Sięgam ręką do nagiego nagle karku i ręka okazuje się być pełna włosów, które pozostały, nie wystarczy jednej, ani nawet dwóch garści, żeby to zebrać i uchwycić, magia zręcznego, szybkiego cięcia działa i tu i w życiu. Patrzę na martwe włosy poniewierające się po podłodze i ładnie byłoby napisać, że zaklinam w myśli: to są wszystkie kluczyki do mnie, w rękach niepowołanych, wszystkie słabości, grzeszne upodobania, wszystkie przemilczane momenty, cała ciemna strona, tłumiona rozpacz i miotanie się. Niestety, nie ma tak dobrze, powiążę ze sobą te dwie sceny tygodnie później i nadam im znaczenie, to jak łatanie prującej się kołderki, staram się, ścibolę i naciągam materiał, ale prawda jest jedna i znamy ją wszyscy. - Dasz sobie radę. - Nie, nie dam, nie mogę, nie potrafię... Jak się złościsz? Bo ja do mdłości i ciemnych płatków przed oczyma, tracę rozum i świadomość, trzeźwy osąd i całe doświadczenie. Na wysokości mostka sadowi mi się ciemna, nieustępliwa kula z granitu, łapię powietrze pachnące opadłymi liścmi, bo liczę, że ten miękki strumień rozbije granit, a ja wybuchnę oczyszczającym płaczem. Nie uda mi się. Złość sprawia, że mam słabe dłonie i nieprzytomne oczy, że nie pamiętam wniosków i logicznych ciągów zdarzeń, to minie, to przejdzie, to zawsze przechodzi. Myślę o tym, że za dziesięć lat różnica pół roku między naszymi dziećmi nie będzie miała znaczenia, albo doda smaku, myślę i rozważam plusy, myślę i zaciskam ręce przez cały wieczór, ja się boję, ty już nie musisz. Jestem rozsądnym bluszczem, zamiast wisieć na jednej podpórce - rozkładam mądrze ciężar tu i tam, tu zwierzenia, tu zrozumienie, tu wspólne doświadczenia, tu śmiech przy jednym stole, to wszystko waży i znaczy, a ja jestem cierpliwa w swoim braku opanowania. Jest jak siedem lat temu, niezmienna reguła przesądu, w którą bez zastrzeżeń wierzę, odrzucam zgrubiałą skórę i cała, gładko i bezproblemowo wchodzę w miejsce, gdzie idealnie pasuję. Nic mnie nie obchodzą skutki uboczne, chociaż wróżysz mi, że nadejdą. Przeżyję. Patrzę, jak pasma na podłodze tracą blask i żywy skręt, odruchowo zasłaniam włosami pół twarzy. Od wszystkich poprzednich razów - różni mnie świadomość, że przetrwam to śpiewająco, blizna będzie jak ta po cesarce - cieniutka i omal niewidoczna, jak pieprzyk, albo nieznaczna asymetria brwi, wiem, że z tego wyjdę, że opłaci się każda chwila bólu i niemożności wdechu, patrzę na twarz obcej kobiety w lustrze i życzę jej dobrze. Jak byle jaszczurka zostawiam ogon we wrogiej dłoni i spierdalam zakosami. - Zawsze możesz sobie powspominać. Wiem. skomentuj (5) |
2009-10-03 23:52:45
Placebo - Protege Moi (Uncensored)Wzbiera mnie na mocno zaległe napisanie o dalekich miejscach, w których byłam dawno, zwykle takie spazmy miewa się przy przeglądaniu zdjęć z podróży, a ja beztrosko zaniedbałam planowaną solenną relację, przedawniła się już o lata, tym dziwniejsze, że teraz i bez zdjęć myślę o LA, gdzie smutne dziwki, usyfione ulice i radosny Universal, źródło mojego infantylnego zachwytu i śmiechu na cały głos (chcę tak teraz, chcę zaraz, proszę, zabierz mnie tam), myślę o rozkosznym rauszu w Napa Valley, kojąco europejskim San Francisco, o Las Vegas - Mieście Szatana, gdzie cały tlen zżerany jest przez swąd pustyni, życie tych wszystkich zombies z tych wszystkich kasyn ratuje hotelowa klima i emocje rollercoasterów, kukurydziano urodziwe panny młode robią sobie zdjęcia w przebogatych dekoracjach i nie da się funkcjonować przed zmierzchem, myślę o twinpeaksowskim uroku Flaggstaff, powalająco ślicznych dziewczynach za ladą w pizzerii, o smacznym jak marzenie chłopaku z motelowej recepcji nie wspomnę, bo do dziś nie jestem pewna, czy zakłopotany i szczęśliwy rumieniec wywoływałam w nim ja, czy raczej MBF.W tyle głowy delikatny dzwoneczek, że może pragnę uporządkować kronikarską grafomanię, bo czuję, że już nigdy, że zobaczyłam już wszystko, co było mi pisane i teraz trzeba zdążyć z opowieściami? Nic z tego, głowo, tak się bawić nie będziemy, jest jeszcze czas, czas na wszystko, czas na relacje z mięciutkiej, rozkosznej, błękitno-złotej plaży daleko od śmierdzącego Waikiki, czas na opowieści o pastelowych płyciznach, łagodnym oceanie i pachnącej bryzie i czas na bredzenie o taniej emocji picia kawy w tym samym sklepie/kawiarni gdzie co rano Sawyer Spadziste Ramionka (jakoś się minęliśmy nad tą kawą, oj) budził się do życia w serialu oraz o rozczarowaniu jeziorkiem, gdzie obściskiwał swoją uroczo piegowatą Kate (nigdy nie konfrontujcie złudzeń z betonową rzeczywistością), jeszcze mam na to wszystko czas. I pewnie właśnie dlatego, że wierzę w czas - daję się na przekór niszczyć, jakoś ostatnio odmawiam sobie prawa do trwania, jakoś od zawsze jestem zbyt tchórzliwa na zabawy w autodestrukcję. Zastępczo wznawiam w sobie przywiązanie do miejsc, skoro sentyment do ludzi zagraża zdrowiu i życiu, jeżeli nie skontaktujesz się ze swoim przystojnym lekarzem albo i farmaceutą. Wracam jak bumerang, szerokim gestem, jakbym pokazywała własną sypialnię i łazienkę - przedstawiam i demonstruję: miękką, całą w sepii pornografię na ścianach, życzliwe kobietom światło, półki pełne szmatławo-fachowej literatury, właściciela - gbura i socjopatę, koedukacyjną toaletę, liczne kanapy i fotele: zapadnięte, wyleżane, kiedy pomyślę ile par tutaj w podejrzanej gorączce i sztucznie gaszonym pragnieniu, to robi mi się mdło i rozkosznie, już tylko ta kompilacja warta jest wszystkich powrotów. Z ustami pełnymi miodowego i zdradliwego posmaku - sączę obiecującą truciznę, a słuchaczkę mam wdzięczną, przez minutę myślę zazdrośnie jakby to było mieć jej włosy i cerę, ale przecież miałam być zadowolona z siebie, miałam, jestem, nie dam się. Potrzebuję niszy, w której spokojnie mogłabym znów pielęgnować i podlewać swoją umysłową przaśność i toporną zewnętrzność, o których myślałam, że tylko ja je widzę, a czego się nie da zalizać i zaleczyć - zignoruję. Wszystkie moje kłamstwa mają ozdobniki, frędzelki, dziurkowane brzegi, pazłotko i kokardki, to, o czym mówię najgęściej jest problemem-placebo, kiedy przestanę wierzyć w działanie oszustwa - otworzy się szafa z trupami i nieprawdopodobnym smrodem, więc pozwól mi udawać. Rozczulam się nad śmiercią bohatera, w stuporze trwam przed ekranem, osłaniam uszy, żeby nie dotarło do nich nic, oprócz słów ze zbyt sprytnie zmontowanego telewizyjnego materiału. To jest bardzo tanie usprawiedliwienie, takie łzy nad życiem, z którego ani kawałka nie mielibyśmy odwagi spróbować, nieważne, po której stronie muru i stulecia. Jeżeli Bóg istnieje - miejmy nadzieję, że mu wybaczysz - chamsko błyskotliwe frazesy nieodmiennie mnie biorą. Tu się (na skutek przewrotnego wynikania i niby-logicznego ciągu) zaczyna ten kawałek, który tajna frakcja skurwieli sprytnie ukrywała przed wiadomością publiczną, nikt nie uprzedzał, że dzieci oznaczają paniczne: "chcę, żeby zawsze były takie szczęśliwe, jak teraz" i realistyczne: "ktoś je kiedyś skrzywdzi", już mniejsza, czy to będzie wyrostek, kokaina, złamane serce, mobbing, czy rak. Ktoś sobie kiedyś z tym poradził? Między smokingiem, cygarem, pokerem, fortepianem, kieckami bez pleców, pończochami ze szwem, dwudziestą parą rękawiczek, przerafinowanym drinkiem, obrożą na szyi, zmasakrowanymi ustami, męczącym jazzem, mocną szminką i włosami, jakie zawsze chciałam mieć - objawiam się pierwszy raz od roku z rzeczami, o których znowu nie wie nikt, oprócz mnie. Nareszcie. Tłumię śmiech i politowanie, mam pogryzione wargi i język, cała jestem empatią, zrozumieniem i wybaczeniem, w ten sposób - wierzę w to - odpracowuję i odpłacam, cokolwiek to jest, masochizm, czy szczerze dobra wola i Suka Karma - so be it. Może, może gdybyś wywiózł mnie do głuszy, gdzie ani zasięgu, ani pola, ani żadnej technologii ponad kartkę papieru i żmudne noszenie wody wiadrem - może wtedy bym zapomniała, spsiała, ułożyła, spokorniała, nie miotała się, nie chciała, nie celebrowała pełni, rauszu, full moon fever, spazmów szczęścia, kury domowej, zawodowych frustracyjek, niemożności spojrzenia w lustro (zabierz mnie tam, gdzie nie ma luster) i wiecznej chęci ucieczki, może. Coraz częściej myślę, że nie warto rozmawiać. skomentuj (3) |
2009-09-11 21:41:15
Jestem zmęczona......tymi moimi ciągłymi zmartwychwstaniami.Niechby już raz wreszcie osinowy kołek i upragniony spokój. Tymczasem - - czekając cierpliwie, aż moja głowa jednak poradzi sobie sama - postanowiłam jej nieco ulżyć. Jest kryzys, tnijmy koszty i całą resztę. ![]() skomentuj (17) |
2009-08-30 13:38:00
Latarnica.Wolontariat rodzinny karnie stawia się do działania już o ósmej rano, zaspana, bez żalu porzucam potomstwo i żeby dośnić do końca ten koszmarny sen wlokę się na górę po schodach. Schody są wyślizgane i wyszlifowane łapkami i kolanami dwóch pokoleń dzieci mojej krwi, sama właśnie dowiozłam trzecie - całkiem świeże i fakt tej banalnej kontynuacji nie wiedzieć czemu bardzo wzrusza całą rodzinę. Mnie o tej godzinie nie wzrusza nic, w jednym z pokoi, które w tym domu pełnym szaf, książek i miejsc do spania rozmnażają się niepostrzeżenie i w miarę narastania potrzeb - zwijam się pod kołdrą w ciasny kłębek, dłonie przy brzuchu, kolana pod szyją, skulone ramiona, z całej siły zaciskam powieki i śnię.Na dole kłębi się życie rodzinne, dorośli, nastolatki, dzieci, koty, uczynne szwagierki i jowialni wujaszkowie, od lat wszyscy przywożą tu swoich partnerów, mężów, żony, zwierzaki, wyroki rozwodowe, decyzje o separacji, ciche dramaty nieudanych małżeństw i dorodne niemowlaki. Ja, oprócz wzmiankowanego trzeciego pokolenia dzieci, a czwartego lokatorów tego domu - przywiozłam raczej nędzny wkład, kilka ciężkich zarzutów i własne, krowie zdumienie, że jak to, ja nic nie rozumiem, co się stało i właściwie dlaczego? Te ciężkie zarzuty, to klasycznie już - moja wydumana fraza, bo akurat tym razem ostrza są cieniutkie, precyzyjne i kunsztownie wymierzone, na początku nawet nic nie czuję i śmieję się jak głupia, dopiero potem widzę, że z piętnastu niedużych ranek chyłkiem wyciekła ze mnie energia, życie i durne złudzenia. A kiedy widzę, to nie ma już co łatać. Potem prosto z Kolumba jadę na kawę, nad gorzkim espresso mrużę oczy w ostrym słońcu i autentycznie nie poznaję człowieka po drugiej stronie stolika, ogarnia mnie panika, co tu robię z tym kimś obcym i nieżyczliwym, patrzącym na mnie spod oka, sama gapię się spode łba i rozmowa rwie się w zbędnychwzajemnych złośliwościach. Jestem głupia, wystraszona i chce mi się uciekać. Jak zwykle ostatnio. Ogród jest bujny, na ścianie jak kiedyś pną się róże, obrodziło w tym roku wszystkim i wszystkiego, dom pozbierał się z tamtej śmierci, przez kilka lat hodował żałobę, stał zimny i pozamykany, nie chcieliśmy tu nawet zaglądać. Teraz zaczyna być i pachnieć jak wtedy, poprzesuwaliśmy sprytnie role i rozdzieliliśmy na nowo funkcje w rodzinnym cyrku, tyle, że ten dom jest z dobrej, przedwojennej gliny, nie to, co ja, mnie się już nie chce podnosić. W szkole oprócz rozjęczanej żeromszczyzny - najbardziej mdło nudziły mnie jęki wygnańców z Ojczyzny, obojętne, czy wygnał ich strach, czy prosta, ludzka chęć kasy, wyjechałeś, zdecydowałeś - to ciesz się całą i nienaruszoną dupą, ćpaj kawior z truflami, albo poetycznie suchy chleb na nieogrzewanym paryskim poddaszu i twórz ku uciesze, zamiast wzdychać za rodzinną miedzą, kapustą i zachodem słońca nad wiejską kapliczką. Teraz, w warszawskim mieszkaniu łapię się na tym, że piszę "ja już nie jestem stamtąd, a stąd nigdy nie będę, więc wcale ci się nie dziwię", zadławiłaby mnie pewnie na zasłużoną śmierć tandeta tego znienacka wyznania, ale już dwa dni i sporo dróg krajowychpóźniej - płynnie odnajduję się właśnie tutaj, osiemdziesiąt kilometrów od miasta, w którym się urodziłam i wychowałam, nie wiem, czy jest coś nudniejszego niż cudze problemy z tożsamością. Rodzina jest łaskawa, oprócz czasu na przebieżkę po szczecińskich specjalistach, którzy ocenią stopień zrujnowania mojego kręgosłupa - tego całkiem realnego, tego moralnego na szczęście zobaczyć i ocenić nie może nikt - funduje mi także noc w mieście, mam się zabawić i zresetować, przywiozłam więc cały warszawski rynsztunek wieczornych wyjść, szpilki, pończochy, absurdalne i niestosowne w tej scenerii Zielonego Wzgórza, do tego mój najnowszy nabytek, którym jeszcze nie zdążyłąm się nacieszyć, a teraz nie mogę patrzeć (ale jak to, ja nic nie rozumiem, co się stało i właściwie dlaczego), ciasno poskładana pod kołdrą - zamiast spać komponuję sprytne i przekonujące wyjaśnienie, czemu jutro wrócę pod wieczór, zamiast następnego ranka, wybawiona i WYPOCZĘTA, czuję, że nie uwierzą w nic, co powiem. Pewnie zadziałałaby tylko czysta, niepublikowalna prawda, że nie mogę, że nie umiem, że chcę być sama, że boję się dać poszarpać i skrzywdzić, to rodzina zrozumie na pewno i nic nie rozumiejącym murem stanie za mną, bo zasada jest taka, że szarpiemy się do krwi i pożeramy wyłącznie między sobą - obcym nie wolno, obcych się nie rusza. Zwijam się pod kołdrą w ciasny kłębek, dłonie przy brzuchu, kolana pod szyją, skulone ramiona, z całej siły zaciskam powieki i śnię. skomentuj (2) |
2009-08-17 12:47:00
Bezprzykładny akt rażącego ekshibicjonizmu.W dziewiątym miesiącu ciąży, ciężka jak słoń, z sześcioma w sumie kilogramami dzieci w brzuchu, umęczona i przekonana, że tak już zostanie - obiecałam sobie solennie, że jeżeli jednak przypadkiem jeszcze kiedyś stanie się cud i odzyskam, co moje - to.Po czterech miesiącach z okładem przyszedł ten dzień. Zamierzam dotrzymać danego sobie przyrzeczenia. Osobom, które razi ekshibicjonizm (sama sie do nich zaliczam, mentalnosc Kalego pasuje mi do koloru włosów) dedykuję sporą przestrzeń przed właściwą treścią notki. Zostaliście ostrzeżeni i jeżeli z tą wiedzą jednak zdecydujecie się patrzeć - to na własną odpowiedzialność i bez pretensji do mnie. Czółko.Przed: ![]() Po: ![]() skomentuj (26) |
2009-08-03 23:20:26
Poker Face.Pogrywam.Odgrywam też, drama queen na przykład. I przegrywam. Robię się agresywna, kiedy nie dostaję, czego chcę. Kiedy dostaję, czego nie chcę - agresję kieruję przeciw sobie. Niestety, nieskutecznie. Tym razem. Podejrzewam, że w pokerze bawi mnie bardziej otoczka, niz chęć wygranej. Nie wstyd mi. Jak możesz mnie nie doceniać, jak możesz nie widzieć tego wszystkiego, idioto, mam ochotę powiedzieć równo, jednemu i drugiemu. Ale już znam bezcelowość pewnych działań, więc może zamiast tego usmiechnę się do trzeciego, bo wydaje mi się, że patrzy na mnie bez przykrości. Co za różnica. Chciałabym, żeby ta różnica jednak była. Tkwimy, przyczajone w bólu, każda na swój sposób. Ona milczy i sprząta w szafach. Ja miotam się chaotycznie i żałośnie, podejmuję decyzje i zamykam furtki, obietnice nie do dotrzymania. Wbrew logice - obie zostajemy nagrodzone, przychodzi upragniony moment, kiedy łapiemy oddech, wybuchamy durnym śmiechem i robimy plany. Żadnych złudzeń, jeszcze zdrowo oberwiemy. Ale nieodmiennie wierzę w koniec fałszywego kryzysu gospodarki wewnętrznej i zewnętrznej. Suniemy z wózkami parkową alejką,M. dzwoni kolczykami i ma ciemne okulary, które przywodzą na myśl wszystko, tylko nie pieluchę, nastolatki oglądają się za jej zgrabnym tyłkiem, dmucha mi miłym dreszczem po gołych plecach i dekolcie jak deklaracja niepodległości, jednakowym, czułym ruchem podajemy smoczki i wygładzamy kocyki, tyle że w fonii nagły error, uświadamiam sobie o czym i jakimi słowami rozmawiamy, krztuszę się w pół słowa i w pół alejki, rozglądam się tchórzliwie, ale wózki czynią nas idealnie niewidzialnymi, usprawiedliwienie dla grzechu w myśli, słowie i zaniedbaniu. Nie, nie usprawiedliwienie. Przykrywka. Sama już nie wiem, na której z tych batalii zależy mi bardziej, w jednej trzeba odbudować, w innej wypalić do gołej ziemi i wtedy zastanowić się nad nowym planem ogródka. Kupuję sukienki, uczę się robić idealne mojito i milczeć, kiedy chce mi się wybuchnąć potokiem lawy. Zbroję się, czekam, prawie nikomu nie wierzę, im gładsze słówko, tym bardziej mam ochotę powiedzieć "sprawdzam". Nie sprawdzam. Ja swoich szaf nie uporządkowałam, więc jestem do tyłu, nie zrobiłam nic, oprócz braku ruchu, który zostaje poczytany za dobrą wolę. Znam się do wyrzygania, wiem, że w końcu przystąpię do sprzątania zgliszczy, może nawet poukładam ciuchy kolorami. Nienawidzę się starać. Wygram? skomentuj (5) |
2009-07-16 22:55:45
Wise Up.Jednego i tego samego wieczora obie dostajemy po gębie na odlew. Żadna nie umie obiektywnie ocenić własnych ran, każda wierzy, że "ona z tego wyjdzie, ale dla mnie to już całkiem i na śmierć."Zapamiętaj ten mdlący smak, od żołądka do gardła, bezradność ogarniającą całe ciało, aż po końce palców. Teraz jest poraz na korzystanie z rezerw, na szybkie podliczanie tego, co dobre - rodzina, praca, dzieci, koty, ubrania, niezmarszczki, sukienki i szpilki, płaskie brzuchy i jędrna skóra, teraz trzeba się z całej siły uczepić tego, co na pewno mamy, póki jeszcze mamy i przetrwać, przeczekać, przezimować w środku lipca. Kiedy w tamto paskudne popołudnie wracam do domu - moja córka, jeszcze wczoraj leżąca na brzuszku bezwładnie, jak szmatka - podnosi znienacka głowę wysoko i pewnie, wspiera się na rączkach i śmieje się do mnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Ona się śmieje, ja płaczę, to też jest oczywiste i sprawiedliwe. Patrzę w lustro i widzę dokładnie, jaka jestem, mimo, że lustro wyszczupla. Nie mam wprawy w stratach innych niż śmierć, albo innych niż "rzucił mnie - rzuciłam go", nie znam gestów, procedur i właściwych słów. Przeżyjemy to i znów wyjdziemy bez szwanku, znów się uda dupą minąć poprzeczkę o milimetry, chociaż za każdym razem nie wierzymy w to, nie wierzymy pilnie i prawdziwie, tak, jak powinno się nie wierzyć. I naprawdę nie ma znaczenia, czy rozwiązaniem będzie chętny i durny książę na białym koniu, czy szczera wola Ofelii pójścia do klasztoru - rozwiązanie przyjdzie. Tylko taki profit jest z tej trzydziestki z kawałkiem, że wiem to na pewno - rozwiązanie przychodzi zawsze. Nie rozumiem jak, ale na pewno wiem, że. Za dwa miesiące urządzę ceremonialny i metaforyczny pochówek. Potem siądę i powiem sobie, że już nie znam się na ludziach. A Ty? skomentuj (8) |
2009-06-23 22:56:01
Little piece of me you can't have And I know that it's driving you mad- w każdej ręce trzymam po butli wypełnionej stosowną mieszanką, na uszach słuchawki z, a jakże, informacją polityczną. Informacja polityczna niespodziewanie zmienia się w komunikat, że w Szczecinie trwają przygotowania do corocznych Dni Morza. Informacja okraszona jest stosowną (wiadomo, jaką) muzyką. Odstawiam puste już butelki i - ignorując wybuchający za plecami ryk - wychodzę z pokoju. Nasuwam słuchawki głębiej na uszy, osuwam się po ścianie i leję swoje własne łzy. Chcę znów - jak zwykle - olać całą imprezę, po to, żeby - jak zwykle - obejrzeć we właściwym towarzystwie końcowe fajerwerki. Materiał w tv się kończy, wstaję, wycieram nos, wracam, skąd wyszłam.I tried to call him Anytime anywhere But he's never there So I went to his place And waited all day So he would explain it to me - kiedy cały dzień nie mam czasu, żeby zjeść cokolwiek, (praca-dzieci-praca-dzieci-praca) oprócz szybkiego psedudo-śniadanka rano i dwóch espresso w tych krytycznych momentach, prawie utraty przytomności, kiedy wieczorem czuję przyjemną lekkość i słabość, a waga pokazuje o kilogram mniej - to jestem z siebie podejrzanie dumna. Mam jednak świadomość, że jest to dość chory sport. Cóż, kiedy najbliższe bungee daleko. All we have to do now Is take these lies and make them true somehow All we have to see Is that I don't belong to you And you don't belong to me - rekonwalescencja jest zawsze długa i bolesna, zawsze płacę tę samą cenę, choć za każdym razem wydaje mi się wyższa. To nie może być głupota, bo prezentując taki jej poziom - byłabym niezdolna do zapamiętania sekwencji "wdech-wydech". Tak bym chciała, żeby to się skończyło, tak bardzo robię wszystko, żeby trwało. And she fights for her life As she goes in a store With a thought she has caught By a thread She pays for the bread And she goes... Nobody knows - recepta na sukces w tej (i pozostałych) materiach jest wstrząsająco prosta: uwierz. Uwierz, że gardzisz, że nie chcesz, że nie potrzebujesz. Że możesz, że nie pamiętasz, że dorosłeś, że masz za mało czasu i procesora, że to się uda, że udaje się teraz, że już się udało. Uwierz, że jesteś żabą, królewną, rycerzem, białym koniem, pantofelkiem i dobrą matką chrzestną jednocześnie. Że zdążysz, że naprawisz, że popsujesz jak nikt. To jest ten zupełnie magiczny moment, kiedy NAPRAWDĘ zaczynasz wierzyć, jak durne zaklęcie w durnej bajce - nagle wszystko zaczyna iść po twojej myśli, nie ma nic łatwiejszego i nie możesz pojąć, że kiedyś była to poprzeczka nie do przeskoczenia.Ach, gdybyż jeszcze dało się to symulować. Przed samą sobą, przed całym światem. I’m gonna break your heart I’m gonna let you down I’m gonna walk away I’m gonna fool around I’m gonna tell you lies I’m gonna be untrue I’m gonna make you cry I’m gonna come unglued - i ona i on mają (mieli, mieli - czas przeszły) zwyczaj pisać o sobie nawzajem używając tylko pierwszej litery imienia z kropką po. Raczej wątpię, żeby to między sobą uzgodnili, chociaż byłoby jeszcze zabawniej. Powinnam ją zabić, bo się uzależniam, ale na razie czuję się bezpiecznie, tu chyba intuicja mnie raczej nie zawodzi. Mamy wszystko uzgodnione i milcząco rozpisany scenariusz, może dlatego zatyka mnie bez przykrości, kiedy ona w połowie zdania nagle pieszczotliwie przesuwa palcami po mojej szyi i uchu, wiem, że to nie na mój benefis i faktycznie - pognębiony wróg idzie na dno jak Titanic, obie jesteśmy na skraju upicia się, obie odbijamy sobie tego wieczora za wszystkie nieśmiałe licealne lata, obie następnego dnia przed lustrem wykonamy facepalm i obie skutecznie przekonamy się nawzajem, że byłyśmy świetne. Wsiadam do taksówki, jeszcze przed godziną policyjną, wracam do domu być wierną żoną i dobrą matką, jeszcze w korytarzu zrzucę ze stóp niebotyczne szpilki, żeby stukotem obcasów nie obudzić tej najważniejszej dla mnie trójki. Give me back my broken night, my mirrored room, my secret life. It's lonely here, there's no one left to torture. Muszę wymyślić stosowne zakończenie, na razie wciąż jeszcze go szukam, myślałam, że niektóre historie skończą się dopiero razem ze mną, ale jednak nie, jednak jest mi już teraz dane zobaczyć napis THE END. Mam piękne dzieci, obrażonego kota, coraz mniej centymetrów tu i ówdzie, coraz spokojniejsze noce i naprawdę chwilami wydaje mi się, że jednak ominie mnie to, co mi się słusznie należy. Jestem kiepska w paru rzeczach oraz w zanoszeniu modłów, więc zaciskam powieki i pogańskim trybem przebłaguję wariatów na drogach, naćpanych kierowców TIRów, nagle zmieniającą się nawierzchnię, zmęczenie kierowcy, podstępne kilometry stąd na Pomorze Zachodnie. I z powrotem. Kiedy staje w progu i upewniam się, że mi wrócił, że jest, że wszystkie złe rzeczy minęły go na szerokość drogi krajowej i jedyna zapłata to jego boleśnie spięte mięśnie karku, jak to u zbyt świeżego kierowcy bywa - obejmuję go na sekundę, a potem odsuwam od siebie, jest, wrócił, mogę go znów opieprzać, nie słuchać, mieć za oczywistość, odrywam się od niego i wracam do komputera, mam w końcu drugie, własne życie i już znowu mogę sobie pozwalać. Heart sick an' eyes filled up with blue. I don't know what you've done to me, But I know this much is true: I wanna do bad things with you. Zawsze miałam upodobanie do gównianej muzyki. skomentuj (11) |
2009-06-12 16:34:51
Bardzo cienki lód, co?Na początek chciałabym zaznaczyć, że tak, owszem, nadal jestem matką dwójki niemowlaków. Nie zapomniałam o tym i nikt nie zrobił mi lobotomii, nie wypieram się również tego faktu świadomie. I z tej właśnie pozycji chciałabym powiedzieć, że:- fakt posiadania dzieci obciąża odpowiedzialnością wyłącznie mnie. (Ok, i ich ojca.). Nie społeczeństwo, nie Pana, Panią obciąża. MNIE. Nie ludzi w sklepie, restauracji, windzie, tramwaju i na chodnikach. MNIE. Czy to jest jasne? - w związku z powyższym - jeżeli ktoś ustępuje mi przejścia, pomaga otworzyć drzwi, omija mój wózek - to jest to uprzejmość. Nie obowiązek. Nic go do takich zachowań nie obliguje. I tak, nie inaczej, należy takie gesty traktować. Jaśniej? Proszę bardzo. Nie mam prawa domagać się ułatwiania. Może mi być miło, jeżeli ktoś mi to ułatwienie zafunduje. Ale należy się ono osobom niepełnosprawnym korzystającym z wózków na przykład. Nie należy się mnie. Nikt mi lufy przy głowie nie trzymał, kiedy decydowałam się na posiadanie potomstwa i nie widzę cienia powodu, żeby z tej okazji słać sobie świat do stóp. Jeżeli mój, z konieczności wielki i długi wózek zagradza komuś chodnik, czy alejkę w sklepie - to jest to mój problem. I moim obowiązkiem jest ustawić się tak, żeby nie utrudniać życia całej reszcie. A nie z obrażoną miną czekać, aż tłum rozstąpi się przed moim wehikułem, jak fale Morza Czerwonego. Jeżeli natomiast akurat się rozstąpi - to może wypada podziękować, co? - przewijanie dziecka w bezpośredniej bliskośćo osób jedzących cokolwiek, lub nawet osób, które nic nie jedzą, ale widoku i smrodu fekaliów sobie zwyczajnie nie życzą - nie uważam, za stan wyższej konieczności usprawiedliwionej okolicznościami. Uważam to natomiast za czyste chamstwo. Jeżeli już ktoś decyduje się na wyjście z TAK MAŁYM niemowlakiem w miejsce publiczne NA TYLE GODZIN (gdyż już dwumiesięcznego dziecka bynajmniej nie przewija się co piętnaście minut, ani nawet co godzinę i przestańcie wciskać kit, że MUSIAŁAM), to niech łaskawie sprawdzi, czy da się tam dzieciaka przewinąć bez chlapania do potraw wszystkim dookoła. Naprawdę, wystarczy minimum dobrej woli. A jak się nie da, to niech rodzic zmieni lokalizację. Albo niech siedzi z dwumiesięcznym dzieckiem w domu. Do cholery. - widzę wyraźną różnicę, między Publicznym Karmieniem Piersią (i rozumiem jego konieczność, tak), a Publicznym Demonstracyjnym Wywalaniem na Wierzch Intymnych Części Ciała. Czy wy naprawdę musicie robić z tego swoją deklarację niepodległości? I z mściwą satysfakcją raczyć wszystkich dookoła widokiem, który nie każdy uważa, za miły i estetyczny? Nie wiem, są jakieś szale, chusty, obszerne swetry, można to wszystko robić dyskretniej, bo z tym, że trzeba robić - trudno dyskutować. Można usiąśc w jakimś spokojnym kącie. Można odwrócić się plecami do ludzi. Ale oczywiście to nie jest taki fun, jak pokazywanie Wszystkim i Wszędzie i patrzenie wyzywająco: "I co mi zrobisz? Tylko spróbuj powiedzieć SŁOWO, ja teraz jestem MATKĄ i wy wszyscy to dostrzeżecie, oraz poniesiecie tego konsekwencje. BO TAK." Na litość boską, kobiety, opanujcie się. Albo nie miejcie pretensji, że ciąża i macierzyństwo są utożsamiane z zanikiem IQ, dobrych manier i wyczucia jakichkolwiek granic. Bardzo mnie smuci, że tych, co podzielają moje poglądy jest więcej niż tych drugich, natomiast w oczy rzucamy się na zasadach odwrotnych. A ja nie uznaję odpowiedzialności zbiorowej. I nie mam ochoty jej podlegać. Tak sobie również myślę, że skoro notka o tym, jak czasem jest mi niełatwo wywołała taką agresję, to teraz już niechybnie tylko anatema, stos i "Której imię wymazano". No to dalej, jazda. skomentuj (61) |
2009-06-08 09:55:24
Dies irae.Wygląda to właśnie tak i wcale się tego nie zawstydzę, bo jestem teraz MATKĄ, a jak już jestem, to zawsze byłam i będę, tak mi dopomóż. Więc przez całe mieszkanie (te cegły to FOTOTAPETA) przeciągam konopny sznurek, taki z paździerzami, a na paździerzach wieszam tetrowe pieluchy, tetra poznaczona jest zaciekami, bo przecież piorę ręcznie. W płatkach mydlanych. I na tarze.Z kuchni bucha śmierdząca kapustą para, pochylam NAD GARAMI wygotowane na biało czoło, znad czoła odgarniam tłustą grzywkę zaczerwienioną dłonią. Palce są jak serdelki, a paznokcie obcięte bogobojnie, tuż przy samej skórze. W garze warzę skrobię i węglowodany, mieszam, zginam kark, czekam, aż z pracy wróci MAŁŻONEK (mężuś, małż, stary, chłop), siądzie przy stole, spracowaną dłonią rypnie w blat, rypnie i ryknie: MATKA!!! OBIAD JEST??!! Mais oui c'est moi. Nosz, kurwa. W tych, jakże ważnych, dla nas wszystkich, kombatantów, czasach licealnych - rażąco zaniedbano moją edukację w dziedzinie motoryzacji i muzyki, której Wypadało Słuchać. No to teraz mam, kilkanaście lat później siedzę nadęta i milcząca (a milczę, bo do powiedzenia dokładnie nic) przy stoliku, postukuję znacząco paznokciami w blat (zaraz, stop, jakie postukuję, jakimi paznokciami, paznokcie są przecież schludnie obcięte, albo jeszcze lepiej - nerwowo obgryzione i połamane do krwi i jaki lokal, przecież siedzę w domu, pieluchy, barchany, tetra i kapusta), nadęłabym się jeszcze bardziej, ale trochę się boję, że zrobi mi się wtedy drugi podbródek i nawet w tym przyjaznym, rozproszonym świetle będzie to widać. Więc siedzę wyprostowana i niedowierzająca, ale nie tylko z powodu braku wiedzy o Foxy Lady i czasie przyspieszenia do setki nie ma mnie przy tym stoliku, nie ma mnie tam chwilami zupełnie, chwile, kiedy mnie nie ma są coraz dłuższe i coraz bardziej znaczące, jeszcze mnie to nie uwiera, jeszcze nie wierzę, jeszcze nie dotarło. Dotrze po paru dniach, l'esprit de l'escalier, jak poderżnięcie gardła, krew nie popłynie od razu, a jeżeli zestarzałam się wystarczająco - może nie popłynie nawet wcale. Coś się jednak zmieniło, skoro zamiast wściekłej fali gorącego gniewu jest lodowata skorupa jakże słusznego wkurwu. Zdetronizowana królowa odwraca się tyłkiem, przez chwilę dusi i analizuje w sobie upokorzenie, następnie ogarnia znieważony tren i sunie na poszukiwanie nowego państwa-miasta. I stu świeżutkich poddanych. No dobra, przynajmniej jednego. A za sobą zostawię popioły. Albo chociaż grzyb na ścianach. skomentuj (6) |
| 2009-06-01 16:26:21 |
2009-05-14 21:33:53
And the money is good and revenge is sweet but I still wonder about meWyprasuj sukienkę, zaciągnij zamek na plecach, wyrównaj szew pończoch, zapasowe miej w torebce. Pomaluj rzęsy, kreskę na górnej powiece zrób taką w sam raz, umaluj usta, zamaskuj cienie pod oczami, wyszczotkuj zamszowe szpilki, nie zgub kluczy, zawiąż pasek płaszcza, perfumy, wyprostuj się, wyciągnij szyję, wciągnij brzuch, upnij włosy, idź.Rozłóż wanienkę, przynieś wodę w wiadrze, po kolei rozbierz, wykąp, wytrzyj, przewiń i przebierz, nakarm, pobaw się, porozmawiaj, pokaż bluszcz na ścianie, odbicie w lustrze, kotka, połóż na brzuszku, przewróć na plecki, pośmiej się z nimi, mów do nich, złap moment, kiedy zmęczone, odnieś do łóżeczka, utul, ułóż. Wynieś wodę, umyj i złóż wanienkę, rozwieś ręczniki, uprzątnij pokój, utul znowu, bo płaczą, dwadzieścia razy podaj wypluty smoczek, pogłaszcz, przytul, kołysz łóżeczkiem, popraw kocyk, kołderkę, rączkę, aaa, szarobure obydwa, zamknij, otwórz okno. Pilnuj się na światłach, na podporządkowanej, pilnuj obłąkanych pieszych i nieposiadających kierunkowskazu, jedź na suwak, wpuść tego biedaka z prawej, bo widać, że czeka i będzie czekał, za to daj się wyprzedzić po ciągłej i na trzeciego psychopacie w audi tt, dogonisz go jeszcze przed światłami, zjedź na lewy pas, zamknij szyby, włącz głośno muzykę, bo wywiesi się z otwartego okna i będzie ci wygrażał pięścią, plując obficie i krzycząc z zadyszką, zaśmiej mu się w twarz i pokaż zgięty mały palec, patrz, jak czerwienieje apoplektycznie i jak traci umiar, a potem uciekaj. Ubierz dzieci, zapakuj w foteliki, foteliki wepnij w wózek, wózek na balkon, ubierz się i umaluj, zjedź wózkiem do garażu, wypnij foteliki, zamontuj je w aucie, wózek złóż, dźwignij i schowaj do bagażnika, przez to miasto, gdzie nie ma litości dla nalepek "Dziecko w aucie" na tylnej szybie - dojedź do lekarza, tam operację z wózkiem i fotelikami wykonaj w odwrotnej kolejności, wjedź za ciasną windą na drugie piętro, wypnij i zanieś foteliki, rozbieraj i przekładaj dzieci, bo pediatra ich nie dotyka ani razu ponad potrzebę, ubierz, włóż, zamontuj, zjedź, wyjedź, jeszcze raz cała procedura, wjedź do tego pieprzonego garażu, wypnij, wyjmij z bagażnika, rozłóż, zamontuj, wjedź i nakarm od razu, przecież są głodne. Myśl o tej scenie, myśl co piszesz, zastanów się jakie oni mają motywacje, co było, co będzie, pilnuj, zeby nie mówili twoim językiem, nie myl się, uważaj, nie rób tego na szybko, czy możesz mi to wysłać wcześniej, spokojnie, nie śpiesz się, musimy to mieć dzisiaj, skup się, nie stresuj, pisz w serwisie w oczekiwaniu na naprawę auta, pisz tak, żebyś myślała tylko o pisaniu, przegadaj, popraw, przyjdź na scriptmeeting, nie ziewaj, zapisz to, miej pomysł i rozwiązanie, słuchaj uwag, zapamiętasz to? Na kiedy możesz? Skorzystaj z okazji, śpią, wypakuj, zapakuj zmywarkę i pralkę, rozwieś, ułóż, uprasuj, uładź, stwórz pozór i wrażenie równowagi, wygładź, poskładaj i opanuj, opanuj, opanuj się, teraz się opanuj. Nie bądź tchórzem, nie bądź ofiarą, nie wahaj się, rzuć się na głęboką wodę i zaryzykuj, mów wyraźnie, żądaj odważnie, pozwól sobie pomóc, daj się wesprzeć, daj się poparzyć, skorzystaj z błogosławieństw farmaceutyki i nieocenionej łaski techniki, nie żałuj że, nie oglądaj się za siebie, tam już przecież nic nie ma, odejdź. Wstań, zerwij się, przetrzyj oczy, wyprostuj się, sprawdź godzinę, przygotuj jedzenie, ułóż na poduszkach, karm, wyhoduj trzecią i czwartą rękę, obcieraj buzię, poprawiaj butelkę, zapisz, ile zjadły, przewiń, utul, padnij na łóżko, masz góra półtorej godziny na sen, jest trzecia nad ranem, oprzytomniej i uważnie wyciągaj z łóżeczka, przenoś troskliwie, nie potknij się, nie zemdlej, ostrożnie. Odpisz na maila, odpisz na sms, waż słowa, chodź po linie, psuj i naprawiaj, manipuluj, nie daj się skrzywdzić, wziąć pod buta, zaciśnij zęby, pohamuj gniew, wygraj, idź po cienkim lodzie, zaplanuj i wykonaj, wytrzymaj, nie daj się, nie pozwól - sobie i nie sobie, jesteś dorosła, jesteś za dorosła, nie jesteś za stara, nie odpisuj, milcz, powiedz coś, do cholery, zapomnij. Codziennie myślę, że jeszcze mam za łatwo i że spotka mnie za to kara. skomentuj (49) |
2009-05-07 17:25:07
O miazmatach.Czasem jest doprawdy tak, ze czlowiek nie chce, zeby ktos czytal jego jękliwe miazmaty.I wtedy nie ma innego wyjścia, niż zachować się jak nastolatka na hormonach. Nie od dziś wiadomo, że autodestrukcja to świetny wentyl bezpieczeństwa. A co miałam zrobić, wjechać pod tira? Codziennie przegrywam przynajmniej jedną bitwę. I codziennie wymyślam nowe sposoby, żeby jednak bić się dalej. Powiedzmy, że ten najnowszy też zawiódl. skomentuj (36) |





















