m o j e
mail księga gości krótka forma
2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2010
grudzień
listopad
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2010
grudzień
listopad
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
c u d z e
2012-01-03 02:16:05
Kasia.Dwa lata różnicy. Wspólny ojciec, z jednej strony rodzony, z drugiej - chrzestny.Śliczna, od dziecka. My pielęgnowałyśmy pryszcze, niezgrabne gesty, szczenięcy tłusczyk, chudość nastolatek, ciężkie szczęki, sterczące pasma włosów. Kasia - nic z tych rzeczy. Skóra - kawa z mlekiem. Nogi do samej szyi. Oczy i włosy w jednakowym, ciemnym, gwiezdnym kolorze. Nie chodziła, tańczyła. Nie zdążyła się roztyć, zmizernieć, spospolicieć. Aplauz, zatrzymany ruch na ulicy, gdziekolwiek przeszła. Męskie serca, seryjnie połamane, damskie - chore z zazdrosci i/albo uwielbienia. Mądra, za mądra. Czytała, słuchała, wiedziała. Pisałą, zauważała, oceniała. Różnica wieku, a od Niej łyknęłam - Colette, Łysiaka, Politykę. Trzy spore, okrągłe puszki po duńskich ciasteczkach, pełne listów. Odkąd nauczyłyśmy się pisać. Kartki - z rysunkami, wykresami, spisami, wyklejankami, kolorowankami. Historie wstecz i do przodu, w marzeniach. "Wiesz, on mnie nic nie obchodzi. Naprawdę. Nie zwracam na niego uwagi, wiesz." Zbieranie ślimaków, liczenie ogłupiałych chłopców, suszenie kwiatków. Siódma klasa: "Opisz osobę, która wpłynęła na twoje życie". Piątkę dostałam. (żaden cymes, zawsze dostawałam piątki. Ale tę pamiętam.) Liceum. Literackie tricki i chwyty, na tysiącu zapisanych arkuszy. Z kalkomanią. Z motylkiem. Z serduszkiem. - Śpisz? - Nie. - Boisz się? - Tak. - Ja też. - To daj rękę. - Tu jestem. Ty gdzie? Jasne, że zazdrościłam, chciałam dla siebie. Uczciwie - podziw i miłośc były silniejsze. Nagle, wtem, niesprawiedliwie. Choroba, strach, brak nadziei. - Ciociu, jak Kasia? - ... Wyszła z tego. Jeszcze mądrzejsza, jeszcze ładniejsza. Przypadkowe spotkanie między moimi seryjnymi odmianami losów. Śliczna, jak nigdy. - Kaśka! - Ola? - Jezus, ale wyglądasz. Ty gwiazdo, ty. - Czemu nie piszesz? Wyjechałaś, tak? - Czekają na ciebie. - Machają do ciebie. Napiszesz? - Odezwiesz się? Przytulenie, na sekundę. Egzotyczna wyspa. Pół roku później. W nocy bezsensownie wypadam z domu przy plaży i krążę po piasku, jak tygrys po klatce. Bez sensu. To był dokładnie ten dzień, tak, wiem, nie mogłam wiedzieć. Dwa tygodnie później. Dom. Dwie kreski. - Nie chciałam ci mówić wtedy.... Wrocławska droga, słup, ford owinięty wokół słupa. Co komu pisane, to śmierć go nie minie. Nawet nie zdążyła się przestraszyć. Jak mieliśmy ci dać znać? Co byś zrobiła, wróciła? Jedna kreska. Dwa miesiące. Po trzech godzinach krążenia po cmentarzu - nie znalazłam - rzuciłam bukiet na przypadkową płytę. Nie znalazłam Twojego grobu. Może im się przywidziało, skłamało? Może żyjesz? Co oni wiedzą. Pamiętam. skomentuj (5) |
2011-12-10 01:21:55
Adam.Zazdroszcze mu i wkurwiam się zazdrośnie, bo on nie stchórzył, wytrwał, został w tym niby- nierokującym mieście i zrobił tak, że miasto jest z niego dumne i zawdzięcza mu.A ja co? A ja dałam dupy, uciekłam, kiedy zrobiło się zbyt trudno, spieprzyłam przy pierwszych bólach toksycznej miłości i pierwszej myśli, że z pracą będzie ciężko, Warszawa dała mi chleb i emocje, dlatego teraz nie mam prawa wkurzać się o zmiany nazw ulic i placów TAM, durne decyzje Rady Miasta, nie mam prawa ekscytować się promocją, edycją i sukcesem, dyskutować o nowym centrum handlowym, nawet kiedy czuję pod stopą nierówny bruk Narutowicza i postrzelane pomorzańskie chodniki - czuję się jak zdradzająca żona, która sprawdza, czy świeci się w oknie byłego męża. Nie mam prawa do nostalgii i tęsknoty, to był mój wybór i konsekwencje też są moje. A on tam został, mógł, a nie uciekł, pracował jak wół i się dopracował. Chce mi się płakać, kiedy widzę ciemne kręgi pod jego oczami, kiedy widzę, że jest na skraju wyczerpania, kiedy wiem, że tyra ponad siły w dwóch światach, tym scenicznym i tym ujętym w przepisy. Chce mi się pęknąć z dumy, kiedy kwadrans później roznosi budę iwszystkich obecnych w drobiazgi. Chce mi się jebnąć na odlew namolnemu fanowi, który ciągnie go na melanż, odwal się od niego, nie widzisz, jaki jest zmęczony? (milczę, nie mam prawa) Bujam bioderkiem w środku tłumu, gdzie tak bardzo zawyżam średnią wieku. Jak on wyrósł, jaki jest dzielny, fajny, mądry. Och, nieważne, łatwo sie ostatnio wzruszam, o byle co, oraz - objaw starzenia, chciałabym mieć bliskich blisko, częściej, niż raz na parę miesięcy. Trochę tęsknię, no i co. Nie pytaj nas,dokąd i skąd. skomentuj (5) |
2011-11-28 23:54:29
Grypa.Pare dni temu chodzily mi po glowie jakies metne wynurzenia, cos o tym, ze jest tak, że mogłoby się nie zmieniać. Że nie chcę nic więcej, nigdy,, nie potrzebuję, nie wymagam - chcę tylko, żeby nie było mniej, chcę stałego poziomu, bo doceniam każdy łyk. Że zadowala mnie idealnie to, co mam, że chcę to zachować, hołubic, konserwować i cieszyć się tym, ile się da. Jak długo się da.I przecież nic się nie stało, to tylko zwykła grypa. Grypa nic nie zmienia. Nic nie przekreśla. Ogólny obraz pozostaje równie jasny i radosny, a a wiem, że te łzy, które mi teraz lecą, rozgorączkowane policzki, zasmarkany jak od szlochu nos - to nic, to nic. Szkoda mi tylko tego czasu, który upłynie na rekonwalescencji. Szkoda mi każdego dnia. Na mozolne wydobywanie się z gorączki, stuporu, braku apetytu na życie, przepraszam, na ziemniaczki, na pozbywanie się poczucia, że jestem okropnym, mówiącym przez nos tołubkiem, brzydkim od choroby, że to moja wina, moja, trzeba było założyć szalik i ciepłe gacie i nie chodzić tam, gdzie ktoś może podrzucić ci wirusa, bo to przyjemne, gorączkowe podekscytowanie zawsze kończy się bólem. Bólem gardła, tak. Ja nie mam czasu na choroby i na żmudne z nich wyłażenie, ja nie chcę, nienawidzę się tak czuć, słaba, bezradna, odsłonięta, zmaltretowana i obolała do kości. Jakby mnie ktoś pobił, poszarpał, wytrzaskał po buzi, bolą włosy, powieki, boli każda myśl. To takie upokarzające, kiedy ciało i mózg odmawiają ci posłuszeństwa, do którego przywykłaś, chcesz ruszyć szybkim krokiem, wyrwać do przodu, nie pamiętać, że gripex wywołuje koszmarne sny, chcesz to mieć już za sobą, jeszcze się nie skończyło, a ty już chcesz zapomnieć i nic nie możesz zrobić, nic. Ale to tylko grypa, pamiętasz? Grypa. Na to się nie umiera. Poboli i minie. Nadchodzi zima. skomentuj (1) |
2011-11-26 17:25:45
Siostry Mitford/O'Shaughnessy - kurtyna.Odkąd przeczytałam trylogię:http://lubimyczytac.pl/ksiazka/68578/szczescie-w-san-miniato - szukałam dowodów na potwierdzenie tezy, która urodziła mi się w głowie. Szło kulawo, pewnie dlatego, że znajomość francuskiego wyniesiona z liceum nie przynosi mi chluby. WTEM: http://www.ina.fr/art-et-culture/litterature/video/CPB86007381/les-livres-du-mois.fr.html Oczywiście - francuski kulawy, więc dobra dusza naprędce przetłumaczyła: "D'Ormesson mowi o swojej nowej książce ""Tous les hommes en sont fous", drugiej części trylogii dziejącej sie w czasach, (szczycie?) faszyzmu, opowiadającej o zyciu czterech siostr, krwi irlandziej, rosyjskiej i włoskiej - powieść częściowo inspirowana jest życiem sióstr Mitford" Jaram się, jakbym dostała prezent:) Serdeczne podziękowania dla http://beaulieu.blip.pl/ :) skomentuj (0) |
2011-10-20 03:21:21
But I am older now - And we did it when we were youngTen moment między dorastaniem, a dorośnięciem.Masz okragłości i gesty kobiety, ale twarz i mentalność dziewczynki. Jesteś głupio dumna z prawa wypożyczania książek z biblioteki dla dorosłych, ale kiedy pytają cię niewinnie "Co czytasz?" mówisz chrypliwie i na przydechu: "książki". Jesteś bezgranicznie głupia, w środku rodzinnego obiadu z satysfakcją oznajmiasz stołownikom, że przepłynęłaś dziś w poprzek dwukilometrowe jezioro, z przyjemnością rejestrujesz grozę na twarzach, napawasz się wściekłymi pytaniami, wyrzutami i wymierzoną karą. Ani słowa o tym, że kiedy rzuciłaś rower na piaszczystą łachę, skopałaś z nóg przybrudzone tenisówki, wyplątałaś się z absurdalnej sukienki-fartuszka i w nietwarzowym bikini, obojętna na śmiechy i gwizdy z pomostu, powoli poszłaś w wodę, wyuczonym ruchem związując na czubku głowy długie, brzydkie, rude pasma... ...to był triumf, złowienie nieprzytomnego spojrzenia dwudziestolatka, nagła cisza na pomoście, miarowe ruchy ramion przez dwa kilometry i z powrotem, na brzegu podany i przytrzymany przez zdurniałą świtę (a byłąm cudownie i bez kokieterii brzydka, chuda, ruda, zgarbiona i wkurwiona na świat, zero charme'u i kokieterii) rower, sukienka ładnie złożona i wpasowana w bagażnik, ośmiu patrzy na twój dumny odjazd z plaży, jesteś zła na siebie, może dlatego po południu, przy stole cynicznie wyjeżdżasz z newsem, że. - Oszalałaś? - (pełen satysfakcji uśmiech, milczenie zwycięzcy). (Tego lata udawałam głuchą i ślepą ilekroć go spotkałam, mijaliśmy się na ulicach poniemieckiego miasteczka, czasem zawracał, szedł obok i zagadywał, milczałam, zduszona, jak to głupie, nastoletnie gęsi, cierpliwie odprowadzał mnie az do parku, raz nawet zaproponował, że poniesie reklamówkę z bibliotecznymi książkami, niezdolna wtedy nawet do namiastki flirtu zaburczałam "Nie", tylko się zaśmiał i zapytał, kiedy przyjadę popływać. Srsly, całą noc nie spałam po tym pytaniu). - Nie pojedziesz na żaden obóz. Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna! - (wyzywające milczenie, chociaż drży broda, taka jestem twarda, po tygodniu głodówki i nadętej ciszy - zniecierpliwiona strzeliła ślicznymi zielonymi oczyma i powiedziała: - Dobrze, możesz jechać, rób co chcesz) Nie chcę myśleć, co myślała, kiedy patykowata szesnastolatka w mundurku, z którego zdążyła przez miesiąc wyrosnąć, o poranku wparowała do mieszkania, w progu zrzuciła plecak i bez powitania rzuciła się do łazienki, rzygając, płacząc, rzygając, da capo al fine. Obawiam się, że za parenaście lat karma nastraszy mnie co najmniej równo, choć wtedy wróciłam nietknięta i niepocałowana, winę ponosił paprykarz szczeciński, który solennie wyrzygałam w szczecińskie sanitariaty, a we wrześniu zaplotłam warkocz, obstrzępiłam nogawki jeansow, naprędce wymalowałam pacyfę na torbie i poszłam do liceum. Sądzę, że jej ulżyło. skomentuj (9) |
2011-10-15 02:33:09
And the history books forgot about us - And the bible didn't mention usPrzepychanki, kolorowanki, wycinanki, królewny, kasztelanki.Jedzenie, palenie, pierdolenie, zmartwienie. Zejść, wejść, obejść, wyjść, zajść, przejść, odejść. Picie, wycie, życie, skrycie, odkrycie. Fraza, faza, obraza, gastrofaza. Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. (Żartuję, żartujesz, żartowałam) Pisanie, płakanie, kochanie, uciekanie. Zmęczenie, rozczulenie, skostnienie, zrozumienie. Złość, gość, miłość. Zostań, przestań, Dreszcz, deszcz, foch i szloch. skomentuj (0) |
2011-10-02 00:08:54
Najciemniej pod latarnią.Mów dużo, zdradzaj jak najwięcej pozornie istotnych detali - możesz pod tym ukryć wszystko - nieślubne dziecko, słonia i kołderkę, śmiertelną chorobę i nieśmiertelne przerażenie oraz to, że jeżeli chodzi o Boga to - chłopaki - Ona jest czarna! skomentuj (2) |
| 2011-09-22 01:02:30 |
| 2011-09-10 20:09:27 |
| 2011-09-03 02:44:35 |
2011-08-31 01:52:01
Tak autentycznie, bez ozdobników - nie mam czasu.Przewracam się na szerokim łóżku, miotam się po czteroosobowej wannie, śnią mi się zawstydzające kretynizmy.Nie wierzę, ale były takie czasy, że cienka, jak gałązka i zapakowana w schludny mundurek - kontentowałam się miejscem na ręcznie zbitej pryczy. (a chłopak, który pomagał ją zbijać już nie żyje, dziękujemy pijanym kierowcom, a jego żona leży na intensywnej, zeswatałam ich dwie dekady ago, a dziesięć lat później widziałam ją, jego i dwójkę dzieci, naprawdę wkurwiają mnie polskie drogi i nie dziw się, że nachalnie pytam via sms - dojechaliście?) To wszystko jest beznadziejnie kruche, rączki dwu-i-trochę-latków, zaplecione na mojej szyi, ich rechotliwe porozumienie, to, jak pachną rano, jak ciepłe bułeczki, to, jak przyciągasz mnie do siebie,o co zakład, że nic o mnie nie wiesz, obserwowanie w lustrze, czy nie pojawiły się zmarszczki, mam lat 37 (zaczęte) i wiem, co jest ważne, a mimo to - co rano. Przecież nie zamknę ich i siebie i was w piwnicy, przecież nie zachowam nas przed niczym. Zachwycam się, stworzyliśmy coś, co ma ręce i nogi, jest zabawne, urocze, manipuluje, uczy się, uśmiecha podstępnie, zagląda w oczy, wieczna bitwa, wieczna walka, chcę z wami przegrać, wygrać, uchronić przed światem, dać wszystko, co świat oferuje. Naprawdę, kiedyś tak było, wsuwałam się w śpiwór i nie chciałam nic więcej, było niewygodnie, twardo i ciasno, ale trzy osoby dalej leżał mój ulubiony zapach, włosy na oczy i stalowe spojrzenie, odezwał się do mnie już trzy razy w tym roku, więc jest nadzieja. W przerwach spada śnieg i wszyscy wybiegamy na zewnątrz, "śnieg ze łzami pomieszany", udaję, że nic się nie stało i daję łapać się wpół i odnosić do budynku tym nieznanym i niezimiennym, mam piętnaście lat i cały czas rosnę. Mam rodzinę i obowiązki, robię przeciąg w domu i chłodzę rozpalone ramię o lodowatą pościel, brutalnie spycham zakochaego kota, idź sobie, nie grzej mnie, proszę. Potrzebuję książek, seriali i braku pytań. A łóżko ma być szerokie, niezobowiązujące i tylko dla mnie. Był taki moment w moim życiu, że w Liceum Ekonomicznym nauczałam przedmiotu "Elementy prawa", byłam nieprzekupna, długowłosa, krótkospódniczka i bezkompromisowa, sieriozną miną nadrabiałam durną, gładką, obficierzęsą buźkę, ignorowałam napalone śmiechy osiemnastolatków, zrobiłam im bezlitosną klasówkę, a potem kochałam się z nim na niewygodnej ławce. Trzy dziewczyny z tej klasy poszły na prawo, mam je na sumieniu. Słucham głosu z radia sprzed lat. Naprawdę, nie sądziłam, że się (nie)poznamy osobiście. Ale hej, umilałeś mi wieczory nad prawem rzymskim. Tak, zrobiłam magisterkę. Tak, nie pracuję w zawodzie. Tak, nadal zajebiscie piszesz. Tak, nie pisz do mnie więcej, pls. Miotam sie po gladkiej poscieli, pozwalam sobie na goraczke i sny. Jutro wstane i bede wzorowa. Jutro. skomentuj (0) |
2011-08-16 02:17:06
Devil Dollmy church is the open roadit's me, God and the highway. she said i don't have time to fall in love don't think i'll stay if push comes to shove cause i got one thing on my mind to do and it may or may not include you. don't call me baby cause you don't know me i am a woman in every degree i'll make you tremble, i'll make you sweat you ain't seen nothing yet. at the end of the day it's me, God and the highway it's always been that way. i'm the queen of the fucking road i'll pass you by if you go too slow cause i won't wait for no man i've got a good excuse: i don't give a damn. at the end of the day it's me, God and the highway it's always been that way. skomentuj (3) |
2011-07-19 01:38:23
this is my winter song to youjedna ręka zbiera i płaci za półmiski z motywem lawendy, starannie układa wyprasowane ściereczkidruga pokazuje faka, a paznokcie świeżo i czerwono pomalowane. jednocześnie "spierdalaj" i "tak, kochanie". domowa księgowość, wzorowa, bez manka pozadomowy radosny wkurw z okazji pełni "kocham cię" jest dokładnie tyle samo warte, co "zniszczę cię" - wszystko to efekciarskie sztuczki w poszukiwaniu ładnej frazy. święcie wierzę w to, co mówię, moja święta wiara trwa tyle, co wypowiedziane zdanie, a potem składam wypowiedzenie. Im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Kłapouchy odwraca się ogoniastym zadem. Segreguję pranie, milion męskich, jednakowych, czarnych skarpetek. Z każdą skarpetką mam odpuszczony jeden grzech. Mam was wszystkich głęboko gdzieś, naciskacie, wywieracie presję, chcecie za dużo, zadajecie głupie pytania, fundujecie poczucie winy, froterujecie mną podłogę, na pogrzebie nietaktownie dociekacie, w jakim kolorze mam bieliznę, wracacie nie w porę. Zagryzę usta do krwi i z pełną uwagi życzliwością wysłucham piania o świeżo nabytym szczęściu, nobliwie pogratuluję, tak się cieszę, że macie seks życia i pozażycia. Siedemnasty raz odrzucę połączenie, przegapię sms, udam, że mail nie doszedł. Wszystko robię szczerze, przysięgam na mój wianek, pytam o zdrowie, dosypuję trucizny do wina, winszuję awansu, ukradkiem kopię w kostkę, chwalę figurę, wsadzam szpilę, życzę nagłej śmierci. Nienawidzę cię, nie mów do mnie, zniknij. Dobrze, że jesteś. I nikt, jak ty. Kolba kukurydzy, ugotowana na półmiękko, masełko, sól. Smaczna przaśność, węglowodany, wszystko oczywiste, aż do rdzenia. To ja. skomentuj (13) |
| 2011-06-25 02:17:35 |
2011-05-12 01:37:00
"I carry the sun in a golden cup. The moon in a silver bag."Byłam względnie niedaleko, napatrzyłam się, nasmakowałam, nachodziłam, nawąchałam.Wróciłam i myślę o następnym wyjeździe. Tym znacznie dalszym, również geograficznie. W zeszłym roku poświęciłam platoniczne, literackie zauroczenie na rzecz solidnego poznawania świata, dodatkowy tydzień kolorów i światła Toskanii zamieniłam na tydzień krzepkiej Prowansji, nic nie mam do francuskich osobliwości tamtejszego krajobrazu i kuchni, po prostu moje serce zostało po konkretnej stronie wiadomych gór. (chociaż wina wolę francuskie, trudno) W międzyczasie zdążyłam narobić głupstw, usprawiedliwia mnie tylko astrologia i zawsze mogę powiedzieć, że to nie ja, to gwiazdy. Zamieniłam jedną toksynę na druga, równie trującą, po czym rozdygotaną ręką napisałam pożegnalny, nieuprzejmy liścik i zostawiłam za sobą kilwater. M. chwali mnie miłosiernie, że szybko się uczę, w porę orientuję, że alarm dzwoni i błyska, z wdziękiem spierdalam, a ślady z dużą wprawą zasypuje niegaszonym wapnem. Niemniej brzydki zwyczaj przyciągania kłopotliwych zdarzeń i ludzi pozostał, mogę mieć tylko nadzieję, że nie jest dziedziczny. Na finał i wisienkę na torcie były pioruny i grzmoty zawodowe, na szczęście lubię burzę, zapach ozonu i odświeżenie atmosfery, a gruzy, well, gruzy się posprzątało, tych kilka łez doprawdy nie zasługuje na wzmiankę. Cóż, tak czy tak bilans jest na plus, substancje szkodliwe zredukowane do zera, a ja znów spokojna, przykładna, siedząca na tyłku w jednym miejscu i pewna tego, co w życiu ważne. Sama sobie jestem winna notkę o siedmiu dniach w Paryżu (z powodów oczywistych) i o koncercie Cohena, kiedy to ja byłam w czwartym miesiącu, a on w siedemdziesiątym piątym roku (tu powody są niezbadane i intuicyjne). Żeby przypieczętować usprawiedliwione pogłoski o mojej płytkości - tego lata zebrałam dość ślicznych sukienek i wdzięcznych pantofelków, żeby nawet nie próbować narzekać, że "janiemamconasiebiewłożyć". A teraz mam w głowie wiecznie na rauszu Emilio Marengo, jego śliczne, wyszczotkowane kozy, jego pachnące pomidory, jego nieprzytomne winnice, jego koncerty, odrestaurowane farmy, marmurowe baseny i kojące widoki. Poza tym nie mam w głowie nic. skomentuj (6) |

